Szwajcarski Weissmies na weekend

Opublikowano 05/07/2017

Wyjazd do Szwajcarii w pięcioosobowym składzie, rozpoczęliśmy równo o północy z czwartku na piątek. Wyjazd z założenia miał być szybki, tak by w niedzielę przed południem wrócić do Chocianowa. Po wielu kombinacjach i nieustannych zmianach terminów wyprawy, ostatecznie wyruszyliśmy w składzie: Tomasz i Stanisław Rapczuk, Tomasz Siedlak oraz Tomasz Szwedo i Piotr Koryciński ze Stalowej Woli. Dojeżdżając do miejscowości Saas Grund pokonaliśmy dystans 1200 km. Po sprawnym przepakowaniu wjechaliśmy kolejką linową do stacji pośredniej Kreuzboden (2380m), skąd wyruszyliśmy w kierunku schroniska Weissmieshutte (2780m). Po godzinnym podejściu zatrzymaliśmy się przy schronisku, skąd ruszyliśmy w dalszą drogę do górnej stacji kolei gondolowej Hohsaas (3100m). Tam, w skalnym terenie natrafiliśmy na platformy pod namioty. Rozbiliśmy się i rozpoczęliśmy przygotowanie posiłków. Woda pitna z górskich potoków znajdowała się dziesięć minut od stacji kolei, na skalnych ścianach nartostrady wiodącej w kierunku lodowca. Jak przystało na czerwcowy wieczór, słońce zaszło późno a my nastawiliśmy zegarki na czwartą rano by zaatakować szczyt przy zmrożonym i stabilnym lodzie. Niestety o czwartej rano popadał deszcz, co też zniwelowało nasze plany i wyszliśmy dopiero przed siódmą. Droga do lodowca wiedzie nartostradą ze ścianą skalną po lewej stronie. Następnie, gdy tylko stykamy się z pierwszym śniegiem, wchodzimy na lodowiec Trift, którym początkowo podchodzimy do góry, po czym odbijamy lekko w prawo i trawersem podchodzimy wręcz pod samą ścianę potężnych seraków. Tam spinamy się i rozpoczynamy podejście do góry. Trasa jest wymagająca i szczególnie niebezpieczna. Wielotonowe seraki przeplatają się z licznymi szczelinami, których widoczne głębokości sięgają kilkudziesięciu metrów. Odcinek ten należy pokonać w miarę szybko jednak brak wcześniejszej aklimatyzacji u niektórych wywołuje pierwsze objawy, co też powoduje częste postoje. Gdy docieramy na grań, szczeliny w dalszym ciągu pojawiają się. W większości schowane są jednak pod lodem. W tym czasie słońce operuje już dość intensywnie, co też potęguje zmęczenie. Całą trasę pokonujemy na linie. Na szczycie  Weissmies (4023m) stajemy o dwunastej trzydzieści. Z większości stron widoczność rekompensuje wniesiony wysiłek. Robimy kilka zdjęć, podziwiamy widoki i udajemy się w drogę powrotną. Podczas schodzenia śnieg jest już grząski, część szczelin przeskakujemy. Temperatura na lodowcu jest już bardzo wysoka, co potęguje znużenie. Docieramy do namiotów około piętnastej. Przygotowujemy coś do jedzenia, pijemy kawę i zwijamy obozowisko. Około siedemnastej udajemy się w dół. Zatrzymujemy się w schronisku by uczcić sukces zdobytego szczytu i dalej ruszamy w dół. Trasa początkowo wiedzie przez łąki, z czasem wchodząc w las, którym niekończącą się serpentyną docieramy do parkingu. Około dwudziestej pierwszej ruszamy w trasę powrotną by na dziewiątą rano być już w Chocianowie.

Informacje praktyczne:

Parking 20 CHF/2 dni, winieta szwajcarska 40 Euro/(dostępne tylko roczne), austriacka 9 Euro/tygodniowa, transport auta pociągiem 27 Euro/w jednym kierunku, kolejka gondolowa do stacji pośredniej 27 CHF, rozbicie namiotu dozwolone – bezpłatne, ubezpieczenie od sportów ekstremalnych i akcji ratunkowej 38 zł/3 dni, piwo w schronisku 6,5 funta, wszystkie tunele poza przeprawą kolejowa na trasie bezpłatne. W dolnej stacji kolei linowej w Saas znajdują się bezpłatne mapy regionu. Dostęp do wody pitnej na całej trasie do samego lodowca.  Na szczyt wchodzą pojedyncze zespoły. Cały wyjazd trwał 57 godzin.