NA TRAWERSIE

18/03/2013 | Relacje

Jest sobota 3 lipca 1999 roku / Około 0.30 wypełzamy z naszego namiociku ustawionego na lodowcu przed ścianą Tacula . Jest ciemno . Niebo rozgwieżdżone i pogodne . Gorączkowo zbieramy się do drogi .  Nasz cel to Mont Blanc( 4807 m ) tzw. trawersem masywu Mout Blanc

Dotarliśmy tu wczoraj , po pewnych problemach z dostaniem się na ostatni kurs kolejki na Du Midi Wjazd przyniósł wiele wrażeń zwłaszcza końcowy etap na szczyt Du Midi . Zeszliśmy na przełęcz Du Midi (3523 m ) i ok. 19.00 rozbiliśmy nasz namiocik i zrobiliśmy kolację .Niepokoją mnie nadciągające chmury i porywy wiatru docierające do naszego biwaku .Robiło się coraz zimniej Obserwowałem e jeszcze przez chwilę zachód słońca oświetlający na różowy odcień białe stoki Tacula i wcisnąłem się do namiotu

Nie dało się zasnąć .! Nie zabrałem karimaty i mimo podłożenia NRC i foliowej płachetki od lodu ciągnęło bolesne zimno . Chłód , nadciągające regularnie porywy wiatru i głośne chrapanie jednego z kolegów nie pozwoliły na choćby krótką drzemkę Mimo pośpiechu potrzeba nam około półtorej godziny na przygotowanie się do wspinaczki . Niepodziewanie dla nas z położonego na skałach ponad naszym biwakiem schroniska „Kosmitów „ schodzi spora grupa wspinaczy , a pół godziny później jeszcze większa. Mimo moich protestów wchodzimy w tą grupę powiązaną w 3-4 osobowe zespoły .My idziemy bez asekuracji i szybko tracimy ze sobą kontakt .Wspinając się szybko po stopniach wybitych w śniegu przez dziesiątki poprzedników ciągle mam kogoś przed sobą i za sobą . Tempo jest tak duże, że wiele zespołów zaczyna odstawać Pozostali drą w górę bez zatrzymania i opamiętania !Zaczynam odnosić wrażenie udziału w jakimś absurdalnym wyścigu, Na tej stromej ścianie nie ma możliwości zatrzymania się. W świetle czołówki widzę tylko fragment stoku i ścieżkę .Może i dobrze , bo nie stresuje ekspozycja którą tylko się czuje. Dopiero przy podejściu do grani Tacula robi się luka . Zostaje sam . Zatrzymuję się i patrzę w dół na paciorki czołówek wspinających się poniżej i daleko nizej światła Chamonix – absurdalnie nisko , jakby widziane z samolotu .Tuż za granią nagle pojawia się kula światła , niezwykle jasna .Co jest – myślę – ustawili jakąś lampę ??! Dopiero po kwadransie dostrzegam swój błąd .To księżyc , tuż nad granią, jakby osadzony na niej . Niesamowity widok !! Wchodzę na grań i kieruje się w stronę Mont Maudit . Teraz droga jest bardziej urozmaicona . Najpierw stok lodowca , potem przejście pod serakami do szerokiego kuluary i znów stokiem do lodowej , podszczytowej ścianki . Dochodzę do pierwszej grupy , bo przy lodowej ściance robi się korek . Trzeba czekać w kolejce do wejścia na przełączkę pod szczytem . Podchodząc myślę jak ją bezpiecznie pokonać , bo na głowę sypią się odłupane czekanami kawały lodu , a ryzyko ,że ktoś spadnie na głowę jest duże. Linę niosę w plecaku , a koledzy pogubili się gdzieś po drodze .Kiedy podchodzę pod uskok , widzę ,ze jakiś angielski zespół założył poręczówkę . . Postanawiam skorzystać z okazji i po krótkiej wymianie zdań , wpinam się prusikiem do poręczówki i szybko pokonuje ściankę . Na przełączce , odpoczywam przez kilka minut. Odpoczywam , bo dalsza droga prowadzi poziomym bardzo eksponowany trawersem wzdłuż północnej ściany Mont Maudit aż do przełeczy Brenwa (4300 m). Idzie się wąska na stopę wydeptaną w śniegu ścieżką . Ekspozycja jest ogromna. Każdy błąd , potknięcie , zachwianie równowagi grozi upadkiem w kilkuset metrową przepaść!! Czujnie i niezwykle ostrożnie pokonuje ten może 200 –tu metrowy trawers. Z ulgą docieram na rozległą i bezpieczną przełęcz Brenwa . Jest już widno . Robi się potwornie zimno i marzną mi ręce . Robię kilka zdjęć ,piję łyk herbat z termosu i dalej w drogę – w ruchu zawsze trochę cieplej !

Szczyt

Ruszam dalej stokami Mont Blanca . Z przełęczy Brenva na szczyt do pokonania jest 600 m przewyższenia Po ok. 100 m. tempo nagle spada .Widać to u wszystkich . Nie da się iść jak przedtem bez zatrzymania . Przystanki są coraz częstsze . Podejście jest technicze łatwe , beznadziejnie długie i nużące .Ta długość podejść zaskakuje mnie i zniechęca .Momentami mam serdecznie dość .Pokazuje się słońce , ale nad szczyt nadciągają chmury budzące obawę o dalszą pogodę .W pewnym momencie dostrzegam powyżej ,że ktoś bezwładnie zsuwa się po stoku .Partner zatrzymuje go po chwili i próbują iść dalej , ale ten pierwszy sprawia wrażenie jakby nie potrafił stać w rakach i używać czekana .Wymijam ich z ulgą ,bojąc się potrącenia na stromym stoku . Ciagle nie dostrzegam szczytu . Wreszcie dochodzę do niewielkich skałek i i wysoko w górze widzę machajacego do mnie Krzysztofa . Domyślam się ,że szczyt już niedaleko . Chciałoby sie , ale nie da się przyspieszyć .Wreszcie dociera do wierzchołka . Przez moment czuję się zmęczony i rozczarowany tym przejściem do którego tak długo przygotowywaliśmy się . Nie potrafię sobie odpuscic kilka złośliwych uwag na temat liny ,którą dźwigałem w plecaku, a której ciężar mocno odczuwałem w czasie podejścia na szczyt. Na szczycie tłoczno , co trzecia osoba wyciąga z plecaka komórkę i ogłasza rodzinie czy znajomym swój sukces .Czekam na Bońka ,który dociera po godzinie. Zejście rozpoczynamy po kwadransie związani liną , bardziej żeby rozłożyć jej ciężar niż z potrzeby asekuracji . Zejście znajomą granią pod schron Vallota zajęło nam dwie godziny .W południe rozpoczynamy zejście lodowcem przez „Wielkie Muły” mimo palącego słońca i rozmiękłego śniegu .

Zejście

Droga zejściowa przez Lodowiec Bossnos trwała ok. 4 godzin . To droga w palącym słońcu, potęgującym ekstremalne zmęczenie .Początkowe łagodne stoki przechodzą w strome pola i żleby . Po jednej i drugiej stronie lodowe seraki wielkości wieżowca . Trzeba co chwila przekraczać lodowe szczeliny, Zejście przypomina raczej zsuwanie się po rozmiękłym śniegu . Widać olbrzymie lawiniska , a co jakiś czas ze stoków Du Midi z grzmotem osuwają się lodowe bloki .Najgorsze jest słońce .Odbite od śniegu promienie palą twarz . Oczy bola mimo przeciwsłonecznych okularów . Ok. 16 .00 po przekroczeniu labiryntu przełamania lodowca , przechodzimy na jego lewy skraj w rejon skał szczytowych Balmat na wysokości 2589 m. Po odpoczynku i posiłku schodzimy stroma ścieżką w stronę Chamonix . Już późnym wieczorem ok. 22.oo docieramy na skraj lasu , gdzie rozkładamy się na nocleg . Namiotu nie rozbijamy – noc spędzamy pod gołym niebem . Zasypiam nagle i budzę się po północy . Noc była gwiaździsta i ciepła , miejsce noclegowe na skraju lasu wygodne i spokojne . Śpimy dobrze . Dokucza nam pragnienie i rozpalone słońcem twarze .

Jan Dudarowski