Mera Peak – spełnione marzenie

Opublikowano 29/11/2018

Relacja Agaty Cygańskiej ze zdobycia z partnerką Ewą Cych najwyższego szczytu trekingowego w Hmalajach Nepalu Mera Peak (6476 m)

Mera Peak –spełnione marzenie

Na szczycie stanęłyśmy 22 października o 7.30 rano. Nasza trasa biegła z Lukli przez przełęcz Zatrwa La (4600m), Thuli Kharka, Khote, Tangnag do Khare. Czyli z 2600m na 4600m, potem w dół do Khote na wysokości 3550m i znowu w górę – Tangnag 4300, Khare – 5000m. Miałyśmy dużo czasu, szczególnie w powrotnej drodze tak, że nie musiałyśmy sięspieszyć. Po drodze z Lukli noclegi w: Chutanga (3400), Thuli Kharka (4300), Khote (3550), Tangnag (4600), Khare (5000). W powrotnej drodze nie zatrzymałyśmy się w Chutanga, 5 godzin zajęła nam droga z Thuli Kharka do Lukli.Niektóre grupy idą z Khare do “base campu” poniżej Mera La, czyli na wysokości około 5400 i tam spędzają noc po czym idą do high campu – 5800m. My miałyśmy już niezłą aklimatyzację po Island Peak (6189), na którym byłyśmy 10 dni wcześniej (11 października) z Madzią i chłopakami. Czułyśmy się świetnie, nie było powodu by spać w base campie czy nawet robić dodatkowe wyjściepowyżej 5K i spać dwie noce w Khare. Ewa miała trochę wątpliwości, nasz przewodnik zapewniał nas jednak, że optymalny plan to z Khare przejście do high campu (5800) i atak szczytowy w nocy. I tak zrobiłyśmy:20 października przeszłyśmy z Tangnak to Khare, 21.10. poszłyśmy do high campu a 22.10. o 3 rano wystartowałyśmy na szczyt. I tu nastąpiły chwile trudne, bo ja, która generalnie czułam się bardzo dobrze, bez żadnych objawów choroby wysokościowej (do EBC – 5400 – brałam diuramid ale potem już nie, czyli brałam przez jakieś 5 dni aklimatyzacji) – nagle obudziłam się tuż przed 1.30 czyli godziną wyznaczonej pobudki – z mdłościami, które się nasilały. Myśl o zjedzeniu czegokolwiek powodowała odruch wymiotny, czułam się po prostu kiepsko i nie bardzo wiedziałam co robić. Zbierało się na wymioty, ale nie doszło do nich. Poczułam się trochę lepiej, zjadłam dwie łyżki owsianki i poszłam, chociaż przewodnik bynajmniej nie wspierał mnie, raczej namawiał na pozostanie w obozie. Wzięłam na wszelki wypadek diuramid, za namową Ewy, chociaż poza tymi objawami żołądkowymi nie miałam żadnych innych. Jako że byłam osłabiona – poszłam jako druga na linie – zaraz za Mingmą. Ewa zamykała naszą grupkę. Wyszliśmy jako ostatni – takie było ustalenie z poprzedniego dnia. Ogólnie chodzimy szybko, więc nie było powodu spieszyć się z wyjściem – wiadomo, czym późniejsze wyjście tym mniej marznięcia :-)Było zimno, ja chyba dodatkowo odczuwałam chłód ze względu na osłabiony i pusty żołądek. Ale szliśmy w niezłym tempie, wyprzedzając nawet dwie grupy. Potem to oni nas przegonili w czasie gdy zatrzymaliśmy się na picie i doubieranie. Ale ogólnie szło się nieźle poza momentami gdy się zaczynało bardzo dłużyć, w ostatnich 90 minutach. Musiałam być bardzo przemarznięta i osłabiona, bo gdy wreszcie właściwy wierzchołek ukazał się mym oczom próbowałam namówić Ewę do odwrotu! Miałam dość, było mi zimno i miałam mało siły. Nigdy jeszcze tak się nie czułam podczas ataku szczytowego. Nigdy dotąd nie miałam takiego kryzysu. I wtedy Ewa powiedziała mi, żebym się nie poddawała, że już niedaleko, że będę żałowała jeśli zawrócę z tak bliskiego szczytu miejsca. Sama trzęsła się z zimna, miała fioletowe usta, ale jakoś dotarło do mnie, że nie chcę czekać tam na nich, wolę już zebrać resztkę sił i iść – to będzie najszybsze wyjście z tej sytuacji 🙂 Podeszliśmy jeszcze kawałek do następnego wypłaszczenia i tam Mingma pozwolił mi się wypiąć z liny i iść. Więc szybko poszłam! Było może jeszcze 15 min podejścia (jakieś 100m). Stanęłam na szczycie i poczekałam na Ewę i Mingmę. Zejście to było chyba najwspanialsze moje dotychczasowe górskie przeżycie. Ze względu na widoki – z Mery schodzi się bardzo łatwo, nie trzeba specjalnie patrzeć pod nogi, za to przed sobą ma się nieprawdopodobną panoramę najwyższych gór świata z Everestem, Nuptse, Lhotse i Makalu – jak na dłoni! Słońce świeciło, nie wiało, już zapomnieliśmy o zimnie nocy, nogi same niosły w dół – można było po prostu wchłaniać ten widok i starać się go zachować na zawsze.
Po godzinie i kwadransie byliśmy już w high campie. Byłam bardzo zmęczona, obydwie przespałyśmy się trochę ponad godzinę. Potem jakiś lekki poczęstunek, zupa czosnkowa, która mi wychodziła uszami i przypominała się przez następne 5 godzin… po czym zaczęliśmy schodzić do Khare. Następne niecałe 2 godziny i byliśmy w Khare. Tam dowiedzieliśmy się, że tego dnia zawrócili z drogi na szczyt wszyscy Rosjanie (nikt z 6-osobowej grupy nie wszedł) i jakaś część grupy Australijskiej. Nie znamy szczegółów. Rosjanie zmarźli… i tyle. My też! 🙂
Agata